Jadąc w Bieszczady, myślałem, że to będzie tylko odpoczynek w nowym miejscu, pośród dzikiej przyrody. Zaskoczenie pojawiło się już pierwszego dnia, kiedy nogi poniosły nas szlakiem ze Smereka na Połoninę Wetlińską. Kilkanaście kilometrów wędrówki po kamieniach, błocie i w deszczu, okupione wysiłkiem ostatecznie dało wiele szczęścia. Pozwoliło nabrać dystansu do wszystkiego co zostało w domu, znaleźć trochę wolności. Jednak nawet tam wysoko w górach „dopadło” mnie ratownictwo. W Chatce Puchatka poznałem pierwszych goprowców. To oni pomogli mi zorganizować spotkanie z człowiekiem, który zechciał podzielić się swoimi wspomnieniami oraz refleksjami z długoletniej pracy w bieszczadzkim GOPR. Teraz cząstkę tej magicznej wyprawy mogę zostawić na blogu. Rozmowa z zawodowym ratownikiem górskim Grzegorzem Mołczanem, prosto z Ustrzyk Górnych. Zapraszam serdecznie!
Maciej Romaniuk: Skąd ksywa „Gibon”?
Grzegorz Mołczan: (śmieje się) To było z pewnością jakieś 20 lat temu. Nie wiem czy kojarzycie bacówkę pod Honem w Cisnej. Przeszedłem po prostu wokół niej po elewacji. Tam jest dość wysoka podmurówka, obłożona kamieniem, wyżej jest drewno. Ten swój wyczyn zakończyłem na schodach wejściowych. Znajoma, która siedziała na zewnątrz widziała to. Powiedziała wtedy „Jak gibon, no po prostu Gibon!”. Tak już zostało. Swego czasu sporo się wspinałem.
MR: W 1993r. ja się urodziłem. W tym samym roku Pan wstąpił do GOPR. Jak bardzo zmieniło się Pana życie od tamtego momentu?
GM: Zacznijmy od tego, że zawsze myślałem o GOPR. Wychowałem się na pograniczu Bieszczadów i Beskidu Niskiego, w Rzepedzi. Było dwóch takich ratowników górskich Leopold Arendt i przewodnik psa Jasiek Seredyński. Zacząłem dość wcześnie chodzić po górach, wspinać się jak miałem 14 lat. Jak dorosłem nabyłem uprawnienia taternickie, zrobiłem kurs tatrzański, wcześniej kurs skałkowy. Rok po zdobyciu karty Taternika wstąpiłem do GOPR a Panowie, których wymieniłem zostali moimi wprowadzającymi. Wspinając się zawsze miałem jakiś kontakt z ratownikami GOPR. Doszło do tego, że postanowiłem zostać jednym z nich. To była dobra decyzja. Wcześniej pracowałem w Kopalni. Wyemigrowałem za Jerzym Kukuczką.
MR: Jak wygląda rekrutacja do GOPR?
GM: Mogę powiedzieć coś z relacji kolegów, którzy uczestniczą w rekrutacji. W naszej grupie Bieszczadzkiej rekrutacja utrzymuje się na takim poziomie jak dawniej. Nie chcemy przyjmować wielu kandydatów, żeby potem nie trzeba było wielu odrzucać. Już na etapie kursu wstępnego przyjmuje się „mocniejsze osoby”. Wymagamy dobrych umiejętności jazdy na nartach, kondycji fizycznej. Kandydat bierze udział w teście Coopera. Ważna jest też znajomość topografii, Beskidu Niskiego i Bieszczadów. Gór można się nauczyć w późniejszym okresie, ale jeździć trzeba umieć. Topografii uczymy się cały czas. Coraz więcej jest ścieżek przyrodniczych, turystycznych i tak dalej. Okres kandydacki trwa od 2 do 5 lat. Człowiek jak kończy 18 lat może przystąpić do GOPR. Nie zawsze młodzi ludzie są na tyle dojrzali, żeby do tego ratownictwa dostąpić. Egzaminy nie są łatwe, warto mieć trochę więcej czasu na to wszystko. Sam miałem problem, żeby zdać topografię Beskidu Niskiego. Po kursie wstępnym jest kurs I stopnia. Np. jazda na nartach odbywa się ze środkiem transportu, jak na przykład akia czy deska kanadyjska . Nie tylko po stoku narciarskim, ale po za nim, między drzewami. Coraz bardziej rozwija się narciarstwo skitourowe. W wielu przypadkach mamy do dyspozycji sprzęt, ale przychodzi moment, że kondycję trzeba mieć. Jak popatrzycie na mnie to (śmieje się). Mimo swojej postury i wieku cały czas się ruszam.
MR: W Grupie Bieszczadzkiej można spotkać kobietę ratownika?
GM: Tak, oczywiście, że są! Jest u nas w grupie kilka kobiet , niektóre są bardzo aktywne. Nie ma między nami różnic. Ratownik to ratownik.
MR: Co to znaczy ratownik zawodowy?
GM: To znaczy, że ratownik etatowy ma płacone za swoją pracę, za gotowość na dyżurze, dbanie o dyżurkę, o przebieg akcji. Jest odpowiedzialny za przebieg dyżuru i ratowników. Często to ten ,,zawodowy’’ powinien być obdarzony jak największą wiedzą oraz znajomością terenu. Ale w GOPR to nie tylko ratownicy zawodowi, są też ratownicy ochotnicy, którzy są ratownikami medycznymi, przewodnikami i nierzadko posiadają ogromną wiedzę ratowniczą.
MR: Jakim trzeba być człowiekiem, żeby pracować pod znakiem błękitnego krzyża? Nie ratownikiem, ale człowiekiem.
GM: W tej pracy nie tylko jest ratownictwo. Liczy się charakter. To jaki ktoś ma kontakt z ludźmi. Umiejętność pracy zespołowej. Wzajemne zaufanie. Liczy się wiele takich czynników, które naczelnik przy zatrudnianiu ratownika bierze mocno pod uwagę. Trzeba być rozsądnym. Brawura to nie odwaga. Trzeba nabywać też wiedzę. Praca od nas tego wymaga.
MR: W jakim systemie pracujecie?
GM: Pracujemy obecnie w systemie 12-godzinnym. Tak jest w Grupie Bieszczadzkiej. Mamy 4 dyżurki w górach, są to: Ustrzyki Górne, Połonina Wetlińska, Cisna, Dukla i centrala w Sanoku. Dobrze jest zapewnić komfort pracy, żeby w dyżurce ratowników zawodowych było przynajmniej dwóch, ale różnie to bywa. Dyżury uzupełniają ratownicy ochotnicy. Tutaj teraz w Ustrzykach jest nas czworo, jeden zawodowy i 3 ochotników. Nasze ratownictwo głównie tak działa, że kiedy jest potrzeba, przyjeżdżają ratownicy w czasie wolnym. Wystarczy wspomnieć zimową akcję na Bukowym Berdzie, gdzie udział brało ponad 20 ratowników.
MR: Tam gdzie ja pracuję, pacjent czeka na pomoc kilka minut. Jak długo trwa dotarcie do poszkodowanego tutaj?
GM: Część drogi jedzie się quadem, skuterem lub autem. Potem trzeba dotrzeć pieszo, teren bywa trudny. Jeśli wiemy, gdzie jest poszkodowany to oczekiwanie na pomoc znacznie się skróci, ale to zależy od wielu rzeczy, pogoda, ukształtowanie terenu i czy to jest dzień czy noc. Gorzej jest, kiedy nie mamy dokładnej lokalizacji i akcja ma charakter poszukiwawczy. Wtedy trzeba liczyć kilka godzin, a nawet kilka dni. Często proszą nas o pomoc powiaty ościenne. Niedawno mieliśmy akcję poszukiwawczą, szukaliśmy razem z policją osobę zaginioną. Wszystko trwało kilka dni. Wystarczy, że turysta oddali się od swojej grupy. Pamiętam taką akcję. Okolica Bukowego Berda i Doliny Terebowca. Wezwanie ok. 21.00 Odnaleźliśmy turystę po kilku godzinach. Myślę, że ten człowiek mógłby nocy nie przetrwać. Była późna jesień, temperatura w granicach 0 a nawet poniżej.
MR: W „Drugim wydaniu Wołania z Połonin” można przeczytać, że ma Pan na koncie 156 wypraw ratunkowych. Która najbardziej zapadła Panu w pamięć, która była najtrudniejsza?
GM: I tu jest problem, która była najtrudniejsza. Chciałoby się pamiętać tylko te, które skończyły się sukcesem, ale są w pamięci też te, które skończyły się tragicznie. Myślę, że warto przywołać akcję, którą opisałem w pierwszej części „Wołania z Połonin”. „Byłem akuratnie u Gienia pod Honem. Po radiu poszła wiadomość: „Przewodnik zostawił w górach pięć osób, są przy szlaku na Przełęczy Orłowicza”. I właściwie tyle. Potem dopiero z radiowych ustaleń udało się posklejać przebieg wydarzeń. Cała wycieczka z Bielska wyszła w góry, na Połoninie świętowali 55. urodziny jednego z uczestników. Dorka zapamiętała, że wychodząc od Niej ze schroniska, niektórzy byli już na dobrym dopingu. Ale poszli… Dostaliśmy przydział na szlak czerwony od Smereka. Przeskoczyliśmy most na Wetlince i dalej już na bucie w górę. Pogoda była „im wyżej tym gorzej”. Paskudna mgła marznąca na drzewach i trawie osadzała szadź, temperatura spadała, wilgotność powietrza chyba powyżej 100%, nasze ubrania wkrótce były oblodzone. Dość trudno było ich zlokalizować, gdyż odpowiadali na okrzyki mało regularnie, w wietrze ich głosy uciekały, wydawało się, że dochodzą z lasu. Wkrótce byliśmy przy nich. Leżeli powyżej granicy lasu, na nawietrznej. Bez ciepłych okryć i oświetlenia, przemoczeni. Do tego jeszcze kompletnie pijani. Zmieniliśmy im odzież, założyliśmy worki grzewcze i folie NRC. Byli w naprawdę ciężkim stanie, przy czym zupełnie sobie z tego nie zdawali sprawy. Pierwszego z nich zaczęliśmy sprowadzać, drugi był w gorszym stanie. Postanowiono rozpalić ognisko by go ogrzać i nakarmić. W drodze już było kilkunastu kolegów ze sprzętem transportowym. Ja razem z Mietkiem powoli zaczęliśmy jednego sprowadzać. Z jego radiotelefonu słyszeliśmy przekaz o tym, że tam na górze ustała akcja serca, że reanimują… Wszystko już było jasne. O godzinie 2.20 Zdzicha Sławińska (ratownik i lekarz) stwierdziła zgon. Został jeszcze transport zwłok. Ten człowiek zmarł w dniu swych 55. urodzin. Zlekceważył Bieszczady. W tym przypadku całkowitą winę ponoszą ludzie – przyczyną zaś wypadku był wypity w nadmiarze alkohol. Głupio o tym wszystkim mówić, ale chyba trzeba – ku przestrodze innych.”
MR: A jaka jest granica ludzkiej głupoty w górach? Czy w ogóle jest…
GM: Na co dzień można zobaczyć ludzi wchodzących na szlak w sandałach, japonkach a nawet butach na obcasie. Trzeba się do tego widoku przyzwyczaić. Pójdę po książkę, pokażę Ci kilka zdjęć. Ludzie idą i często nawet nie znają trasy, na pytanie „a gdzie państwo idą” odpowiadają ,,a gdzieś na szlak, tak żeby się przejść’’. Letnicy często nie sprawdzają długości szlaków, gdzie danym szlakiem można dojść i co zobaczyć. I co zabrać ze sobą na wycieczkę. Miałem kiedyś zgłoszenie od turysty, który szedł z Komańczy do Cisnej. Rozmawiałem z nim przez telefon. Pan był jeszcze z synem, który miał kilkanaście lat. Zbliżał się koniec dnia. Rozmawiałem z nim patrząc na mapę i byłem przekonany, że on też patrzy na swoją. Tłumaczyłem, którym szlakiem gdzie ma dojść, jak droga prowadzi. Pytałem „Czy Pan też to widzi na mapie?”. Oczekiwałem potwierdzenia. Odpowiedział, że musi skończyć rozmowę bo mu zaraz bateria padnie i nie będzie mieć niczego: telefonu, latarki i mapy. Wszystko miał w jednym… Co warto zabrać w góry
MR: Grupa Bieszczadzka radzi sobie sama, czy współpracujecie z innymi?
GM: W akcjach na szeroką skalę oczywiście, że się wspieramy. Prosimy o pomoc inne grupy. Współpracujemy także z LPR, policją i strażą graniczną. Mamy taki teren, że pacjenta lepiej ewakuować śmigłowcem. Długi transport poszkodowanego po dziurach, na środku transportu za Quadem nie jest komfortowe, w dodatku może pogłębić uraz.
MR: Widziałem wiele ostrzeżeń przed niedźwiedziami. Żadnego misia nie widziałem. Należy się naprawdę bać?
GM: Są takie szlaki, gdzie jest bardzo małe prawdopodobieństwo, że go spotkamy. Ale są też miejsca, gdzie do takich spotkań dochodzi. Najczęściej w okresie wiosennym, zrzutu poroży u jeleni i dotyczy raczej nie turystów. Poszukiwacze wczesną wiosną wybierają się do lasu, gdzie w tym samym czasie niedźwiedzice mają swoje małe. Jest to po prostu wejście człowieka na terytorium niedźwiedzia, które broni potomstwa. Ale nie zawsze jest to wiosna czy las. (Pokazuje nagrany film telefonem z niedźwiedzicą i małymi, które spacerują środkiem ulicy). Mieliśmy też przypadek, kiedy podczas poszukiwań turysty niedźwiedź zaatakował ratowników na quadzie i mocno uszkodził pojazd. Nie był to yamaha grizzly, akurat honda. Koledzy wjechali na jego stołówkę i misiu bronił zdobyczy. Nie chciał się podzielić.
MR: Zawsze Pan niesie pomoc innym. Zdarzyło się, że to Pan potrzebował pomocy?
GM: Tak wołałem pomocy. Byłem wtedy w Szwajcarii, na północnej ścianie Eigeru. Robiliśmy zimowe wejście. Warunki były bardzo trudne, spadło sporo świeżego śniegu. Nie udało się. Rozsądnie było wezwać śmigłowiec i zostać „wydartym” na długiej linie z tej ściany. Gdybyśmy wybrali inną drogę ewakuacji, można byłoby powiedzieć, że „otrzemy się o śmierć”. Śmigłowiec przyleciał bardzo szybko.
MR: Dziś korzystacie z nowoczesnego sprzętu. Macie quady, skutery i łatwiej dostać się do poszkodowanych. Jak było kiedyś?
GM: To ja jestem za młody, żeby powiedzieć jak było kiedyś! Starsi koledzy za to wspominają skutery – ruskie Burany. Nie dość, że paliwożerne to jeszcze awaryjne. Wystarczy, że popatrzysz na te zdjęcia, które wiszą w kuchni. Teraz wjeżdżamy quadem na połoninę. Dawniej brało się wózek alpejski, dwuczęściowy, rozpinany w połowie. Trzeba było dojść z tym do poszkodowanego z dyżurki i potem jeszcze transportować na dół. Wiele rzeczy było znacznie cięższych począwszy od sprzętu ratowniczego a skończywszy na ubiorze ratownika. Znacznie trudniej było…
MR: Od pewnego czasu turyści korzystają z aplikacji RATUNEK. Wpłynęło to na pracę Grupy Bieszczadzkiej?
GM: Oj tak! Ta aplikacja bardzo się sprawdza. Po użyciu przez poszkodowanego wysyłana jest informacja do GOPR. Ratownik na mapie widzi miejsce z którego został wysłany sygnał, współrzędne geograficzne. Pokazuje stopień naładowania baterii w telefonie poszkodowanego oraz na co poszkodowany się leczy i jakie lekarstwa zażywa . Przez aplikację można wysłać sms do poszkodowanego.
MR: Musimy mieć zasięg?
GM: (Do dyskusji dołącza ratownik Wojtek Rybak). Sporo już takich akcji było, gdzie aplikacja pomogła trafić w rejon, gdzie znajduje się poszkodowany. Potrzebna jest jednak łączność z siecią. Te akcje kończyły się dużo szybciej sukcesem. Możliwe jest też odebranie telefonu zaginionego zdalnie, kiedy on nie jest w stanie tego zrobić.
MR: Czy może zdarzyć się taka pogoda, że odmówicie wyjścia po poszkodowanego?
GM: Bez względu na porę dnia i stan pogody. Tak przyrzekamy. Jeśli podczas burzy ktoś potrzebuje pomocy, też idziemy. Nigdy nikomu nie odmówiliśmy. W czasie załamania pogody utarło się mówić, że „pogoda goprowska” wtedy, kiedy większość ludzi schodzi z gór to ratownicy wychodzą. Przykładem jest akcja na Tarnicy, gdzie turysta został porażony piorunem. Koledzy od razu wyruszyli.
MR: Jak zwykły turysta może obronić się przed hipotermią?
GM: Najlepiej do takiej sytuacji nie dopuścić. Przede wszystkim odpowiednia odzież. Odpowiednie obuwie, termos z herbatą. Batoniki, żele energetyczne. Odpowiednio zaplanować trasę do panujących warunków atmosferycznych. Mieć świadomość, że jak jest -30 to lepiej sobie odpuścić. Pamiętam raz taką sytuację w Stuposianach. Odnotowano chyba -37 st. W Bieszczadzkich warunkach doprowadziło to do tego, że pękały drzewa. GOPR ostrzegał, żeby nie wychodzić w góry.
MR: Jak kompetencje ratownika GOPR, nie chcielibyście ich zwiększyć?
GM: Kiedyś mogliśmy robić np. iniekcje, dziś już nie. Mamy skończony kurs KPP i to musi wystarczyć. Jeśli kolega na dyżurze jest ratownikiem medycznym to jego postępowanie wygląda inaczej. Dążyli do tego, żeby tak to wyglądało. (pokazuje gabinet w którym poszkodowany ewakuowany przez GOPR oczekuje na przyjazd pogotowia, jeśli do przekazania nie doszło wcześniej). Koledzy po ratownictwie mają dostęp do medykamentów , które znajdują się w stacji, podają tak samo jak lekarz, który przychodzi na dyżur. Wypełniają kartę MCR. Mają takie uprawnienia i z nich po prostu korzystają.
MR: Myślę, że każdy zdaje sobie sprawę jak ciężką pracę wykonujecie. W trudnych warunkach brodzicie po kolana w śniegu po poszkodowanych. Można powiedzieć, że poświęcacie samych siebie. A co ta praca daje Panu?
GM: Przede wszystkim wielką satysfakcję.
MR: Jaką radę mógłbym otrzymać od Pana?
GM: Zdobywaj wiedzę, która przygotuje Cię na każdą sytuacje.
Kim są ludzie spod znaku Błękitnego Krzyża? Najlepiej charakteryzują ich słowa byłego naczelnika Grupy Bieszczadzkiej, Grzegorza Chudzika:
„Bezinteresowni, zdani wzajemnie na siebie tworzą elitarną organizację w najlepszym tego słowa znaczeniu. To nie jest elita władzy ani pieniądza, wykształcenia lub pochodzenia – to jest elita ducha.”
Za pomoc w realizacji spotkania dziękuję: GOPR Bieszczady, Ratownik GOPR Ryszard Hrycelak, Naczelnik Grupy Bieszczadzkiej Krzysztof Szczurek. Zdjęcia: archiwum Grupy Bieszczadzkiej.
1 komentarz
Bardzo przyjemny wywiad:) I oczywiście wielki szacunek dla ratowników, zwłaszcza biorąc pod uwagę aktualny (pewnie jeszcze przez długi czas) charakter pracy – tj. wolontariat. Chociaż, myślę że m.in. dzięki temu jest to wciąż zajęcie doprawdy elitarne i nie trafiają tam osoby ‘z przypadku’. Pozdrawiam!